Co robimy

Nieformalne obiegi kultury

Nieformalne obiegi kultury

Doniesienia z Warszawy, gdzie przebywałem jako reprezentant CeL-u na prezentacjach i debatach.Dziś o pierwszej z nich.

W środę w galerii „Zachęta” odbyła się dyskusja związana z debiutem raportu badawczego „Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści.” Jego głównymi autorami i prowadzącymi badania są znani i lubiani (przynajmniej w naszych kręgach) doktorowie Mirosław Filiciak i Alek Tarkowski. Raport można ściągnąć ze strony Centrum Cyfrowego, tamże też jego mash-up, czyli nadzwyczaj atrakcyjny wizualnie, przejrzysty i pomysłowy skrót.

Jestem po wstępnej lekturze raportu i pierwsze wrażenie jest następujące: „Kawał potrzebnej, porządnej roboty, ale, jak to w nauce bywa, więcej mam teraz pytań niż odpowiedzi.” Autorzy mówili wczoraj, że myślą o poszerzeniu i pogłębieniu badań, na co dopowiadam, że myślenie obowiązkowo powinno przerodzić się w robienie. Pokazali parę nadzwyczaj ciekawych rzeczy, ale prezentowane dane są mniej rozstrzygające niż mi się wydawało po obejrzeniu mash-upu czy nawet wysłuchaniu ich. Być może to kwestia tego, że raport nie został poddany szczegółowej analizie ani przez nich przedwczoraj, ani przeze mnie wczoraj.  100 stron tekstu nie pompowanego nadmiernie wykresami nie pozwala się krytycznie ocenić w ograniczonym czasie.

Dwie ogólne, wartościowe rzeczy, które pokazuje raport, to to, że 1/ o temacie da się rozmawiać bez ideologizacji języka, wyrzucając z niego terminy takie, jak „kradzież” albo „chciwe korporacje”) i 2/ temat jest niezwykle ważny i budzi ogromne zainteresowanie, co było widać choćby po liczbie osób na sali. „Szczęśliwie” się składa, że akurat trwają protesty w sprawie ACTA, uregulowań, które dotyczą też działania Internetu.. Tylko na krakowskim Rynku przeciw temu dokumentowi demonstrowało kilkanaście tysięcy ludzi. Kiedy ostatnio w Polsce jakiś temat wywołał aż tak szerokie, aktywne protesty? Aktywne, czyli objawiające się wyjściem obywateli na ulice.

Jakie są natomiast najważniejsze wyniki raportu? Autorzy twierdzą, a ja się z nimi zgadzam, że to informacje, że:

  • Osoby płacące za dobra kultury i ściągające je z Internetu to nie są przeciwstawne grupy. Większość ludzi robi i jedno, i drugie.
  • Co więcej, ci którzy ściągają, częściej tez wydają pieniądze. Internauci to najaktywniejsza kulturalnie grupo Polaków. Mało wśród nich takich, co nie czytają książek i nie chodzą do kina.
  • Obieg nieformalny (ściąganie, pożyczanie) jest trzykrotnie większy niż formalny (kupowanie).
  • Chęć zdobycia tanich (darmowych) towar ów jest ważnym, ale nie jedynym powodem pobierania plików z Sieci. Liczą się też szerokość i aktualność oferty oraz łatwość korzystania z niej.
  • To, co się teraz dzieje w Sieci i o czym mówi raport to jest przejaw zmiany kulturowej o szerokim zasięgu.

Dalsze pytania, o których wspominam wyżej, dotyczą np. relacji między uczestnictwem w obrocie dobrami kultury mierzonym liczba robiących to osób a mierzonym przepływem pieniędzy. To kwestia, którą na poważnie nie zajęli się jeszcze przedstawiciele żadnej ze stron sporu. Dla przedstawicieli wydawców kłopotliwe będzie pytanie, skąd ich często powtarzana sugestia, że jeden download = jedna mniej zakupiona płyta (oczywista bzdura, ale pozwala pompować sumę strat). Dla zwolenników otwartego dostępu trudna będzie dyskusja o tych internautach, którzy owszem, ściągają, ale jednak nie przekłada się to na ich inwestycje w kulturę. Istnieją, nawet w omawianym raporcie, dane sugerujące, że mowa o wolnościach jest nieraz zasłoną dymną, za którą kryje się niechęć do płacenia za coś, co można mieć za darmo.

Innym problemem badawczym, którym trzeba by się dokładniej zająć jest relacja między ściąganiem/inwestowaniem w różne typy dóbr kulturalnych. Po pierwsze, różnią się, czasem znacząco, dystrybucja i ceny muzyki, książek, rzeźb itd., inaczej zależą od tego, czy mówimy o oryginale, czy  kopii. Inne są też sposoby zarabiania przez twórców. Pisarz nie odrobi kopii koncertem. Ogólny obraz może być taki, że internauci są najaktywniejszymi konsumentami dóbr kultury i to pomimo tego, że „piracą”, ale szczegółowe spojrzenie może wskazać, że niektóre gałęzie kultury są zagrożone wymarciem przez to, jak przebiega nieformalna dystrybucja treści w Sieci.

Rozpisałem się o raporcie, ale clue spotkania stanowiła debata z bardzo ciekawie dobranymi gośćmi: Edwinem Bendykiem, który żyje z tworzenia tekstów objętych prawem autorskim, ale też prezentuje dość otwarte poglądy na ten temat; Wojciechem Machałą, prawnikiem od własności intelektualnej, Kamilem Przełęckim, producentem filmowym, a aktualnie dyrektorem ds. rozwoju i kowergencji multimediów (wow!) w Agorze  oraz Kingą Jakubowską z Legalnej Kultury, fundacji/akcji (?) prowadzonej przez wydawców na rzecz walki o ochronę praw autorskich (?). W przypadku pani Jakubowskiej stawiam te pytajniki, bo o LK usłyszałem po raz pierwszy, a wuj Google odsyła głównie do pustej strony na Facebooku i nieaktywnej witryny internetowej. Nie będę streszczał całej dyskusji, wspartej siłą głosów z sali (bardziej jednorodnych niż w przypadku panelistów), więc tylko cztery złote myśli zaproszonych gości, które szczęśliwie składają się na pewien spójny obraz:

  1. Bendyk: organizacja sieci to kombinacja gospodarki niedoboru (ograniczanie, terytorialne, czasowe czy finansowe, dostępu do pewnych dóbr) i wolnego rynku (jest jak obejść pewne rozwiązania i ludzie to robią).
  2. Machała: współczesne prawo autorskie jest precyzyjne i proste w teorii, ale pada skonfrontowane z realnym życiem. Jest jak piękny, ale pusty gmach.
  3. Jakubowska: Funkcjonowanie kultury wymaga pieniędzy i te muszą pochodzić też od odbiorców. Kopiowanie przynosi straty. (Ostatnie twierdzenie nie jest tak oczywiste, jak chcieliby to przedstawić wydawcy i niektórzy artyści).
  4. Przełęcki: Konieczne jest zmienianie modeli biznesowych, ze szczególnym naciskiem na znoszenie barier w wygodnym, szybkim płaceniu (vide casusy iTunes czy Spotify).

Podsumowując, dla mnie po raz kolejny okazało się, że społeczeństwo (sala) chce zmiany całego myślenia o dystrybucji dóbr kultury, rozumie to część twórców i biznesmenów (Bendyk i Przełęcki), która szuka alternatywnych modeli, ale wielki protest wnosi lobby wydawnicze (Jakubowska), które głośno mówi o interesach twórców, ale cicho o swoich (bo te, choć większe, nie budzą sympatii publiki). Obok siedzą prawnicy (Machała), gotowi przyjąć każde rozwiązania, byle by im za nie zapłacono.

I taką złośliwością kończę. Raz jeszcze uszanowania dla panów Filiciaka i Tarkowskiego, za raport i godna walkę o porządek na debacie, a także dla ich zespołu, z nadzieją na więcej.

Dodaj komentarz