Co robimy

Skateboarding a edukacja

Skateboarding a edukacja

Co skateboardowiec może nam powiedzieć o edukacji? Owszem, trików na desce też trzeba się uczyć, ale to chyba zbyt mało, żeby uznać chłopaka jeżdżącego na desce za autorytet w kwestii nauczania, nawet jeśli jego uliczny pseudonim – Dr Tae – brzmi bardzo uniwersytecko.

No cóż, w tym przypadku stereotyp może być mylący, bowiem nasz bohater naprawdę ma doktorat – z fizyki. Zdobył go na Uniwersytecie Illinois. Nauczał na kilku uniwersytetach, zajmuje się też popularyzacją nauki i, co ważniejsze, naukowego sposobu myślenia. Przygotował np. serię filmów, w których wykorzystuję skateboarding do nauczania swojej dziedziny.

Można go więc uznać za osobę wiarygodną, jeśli chcemy posłuchać, co sądzi o systemi kształcenia. W zalinkowanym poniżej wideo wypowiada się głównie na temat sytuacji w USA i odwołuje do przykładów z nauk ścisłych i przyrodniczych, ale wnioski nie do tego tylko są ograniczone.

Dr. Tae — Building A New Culture Of Teaching And Learning from Dr. Tae on Vimeo.

Dr Tae przeprowadza tu bardzo ostrą krytykę systemu kształcenia. Nie ucieka się przed mocnymi stwierdzeniami, np.
„Szkoły są do bani. Dzieciaki mówią to od dawna, ale nikt ich nie słucha.”
Albo
„Jeśli chcesz coś zrujnować, upodobnij to do szkoły.”

Warto zauważyć, że Tae nie ma nic przeciwko instytucjom edukacyjnym jako takim, a już w żadnym razie przeciwko uczeniu. Uwielbia się uczyć. Problem widzi w tym, na jakich warunkach się to odbywa.

Podstawowym jest depersonalizacja. Na uniwersyteckie wykłady chodzi po kilkaset osób. Te w tylnych rzędach prawie nie maja kontaktu z prowadzącym. Zniechęcają się więc i zajmują innymi sprawami (np. śpią). Tłumy i brak czasu sprawiają, że nie rozwija się relacja mistrz-uczeń.

Powyższe czynniki mają też wpływ na styl nauczania. Podstawową metodą kształcenia staje sie wykład, forma kształcenia nieprzystosowana do żywej wymiany myśli. Jest szybka, wygodna, choć, co wiadomo z innych źródeł, mało efektywna. Jednokierunkowe przekazywanie informacji, nawet jeśli mówca jest dobry, po prostu nie jest skuteczne. Doktora Tae szczególnie denerwuje, że nauki eksperymentalne uczone są bez eksperymentów. Ma niską opinię o „laborkach” na amerykańskich uczelniach. Celem i rezultatem uczenia staje się więc ocena, certyfikat i dyplom, a nie kompetencje.
Innymi słowy studenci zakuwają (bo tworzenie czy eksperymentowanie jest rzadko wymagane), zdają (bo tego się od nich oczekuje) i zapominają (bo stosowali mało efektywne metody uczenia się).

To nie jest właściwy model kształcenia. Co można z tym zrobić?

Dr Tae ma kilka propozycji:

  • Zatrudniać lepszych nauczycieli i wykładowców, dla których kształcenie nie jest tylko przykrym dodatkiem do pracy badawczej.
  • Nie skupiać się na terminach, bo celem powinno być „nauczyć się”, a nie „nauczyć się do…”. Żeby się zaś nauczyć, trzeba…
  • …próbować, próbować, próbować.
  • Promować wewnętrzną motywację ucznia, co zlikwiduje problem uczenia się dla certyfikatu i oszukiwania.
  • Niszczyć przekonanie, że nauka odbywa się tylko w murach szkół…
  • … m.in., promując ideę rozproszongo nauczania. Niech każdy nieegoistycznie dzieli się wiedzą, nie ubędzie mu jej od tego.

Pomysły Tae są raczej ideowe niż praktycznie, można się zastanawiać czy i ile z nich można, realistycznie rzecz biorąc, wprowadzić w życie. Likwidacja podziału na semestry na uniwersytetach? Hm, nie spodziewam sie tego. Tym niemniej, nie sposób nie przyznać mu racji w wielu sprawach. Proces kształcenia, w którym dominującym terminem jest zaliczanie (zajęć i egzaminów przez studentów, obowiązków dydaktycznych przez pracowników), musi być porażką z punktu widzenia podstawowych wartości, na których opiera się edukacja.

Dodaj komentarz