Co robimy

Kondycja e-learningu made in Poland

Kondycja e-learningu made in Poland

Czy styk biznesu i e-learningu to koszyk wypełniony po brzegi filmami, widżetami, serwisami, wydawnictwami, tablicami i innymi mniej lub bardziej interaktywnymi przedmiotami? Po czwartkowym Educampie odniosłam znowu, niestety, wrażenie, że nasza edukacja nie ma wiele do zaproponowania na poziomie idei. Produkty, produkty, produkty. Z reguły pięknie zaprojektowane, dopracowane, użyteczne w warstwie technologicznej ale czemu służące? Uczenie składające się z pięknie opakowanych „mydełek” po 3,5 za sztukę (jakże celny komentarz J. Lipszyca z FNP w dyskusji panelowej). Klient to i tak kupi, jak wynikało z ankiety przeprowadzonej przez firmę Gromar.

Znowu gubi się cel na rzecz produkcji treści. Wydawnictwo, które – skądinąd świetne! – podręczniki dla dzieciaków będzie udostępniało w klasie na tablicy interaktywnej. Czyli dla kogo ten produkt? Na pewno nie dla dzieci, dalej będą miały „podawane” treści, tyle że w pikselach, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie skłoni 25 dzieciaków do manipulowania po tablicy za kilka tysięcy ani nie zaoferuje im tabletów, aby mogły manipulować samodzielnie. Więc po co to wszystko, skoro w druku tak fajnie wychodzi, każdy ma fajną książkę i jeszcze czytelnictwo wzrasta?

Odnoszę wrażenie, że brakuje czasu na refleksję, zadanie sobie prostego pytania”co z tego wynika?” i poszukanie odpowiedzi zahaczającej o  np. kwestie rozwoju kompetencji (czyich? jakich?) i realizacji złożonych celów dydaktycznych (czyich? jakich?). Liczą się doraźne zyski ze sprzedaży ekranów uczących, gier, filmów, programów. Który rodzic odmówi zakupu pakietu edukacyjnego, który odciąży (przynajmniej w teorii) go z odrabiania zadań lub tłumaczenia zawiłości fizyki kwantowej? Czas goni, konkurencja depcze po piętach więc produkujmy! wydajmy! kręćmy! animujmy! Fajnie, że jednak głos rozsądku i w „biznesie” się pojawił – komentarz Marty Eichstaedt dobitnie o tym świadczy.

Ekologia informacyjna i zwykły zdrowy rozsądek schodzą na dalszy plan- czy naprawdę wszystko musi mieć swój „e-learningowy” ekwiwalent? Przecież nie każdy nauczyciel, i to bynajmniej nie ze względu na wiek, MUSI stosować te TIKi. Dobre, by każdy potrafił świadomie podjąć decyzję i wybrać.

Poza tym – fajnie, że jesteś, Educampie! Jest z kim porozmawiać, choć czasu było mało. Odnowić znajomości, poznać nowe twarze. Nauczyć się.

6 thoughts on “Kondycja e-learningu made in Poland

  • Pingback: Po spotkaniu EduCamp.. | Blog firmowy EMINUS Knowledge Management, sp. z o.o.

  • 29 marca, 2011 o 9:02 am
    Permalink

    Myślę, że trudno wyciągać wnioski nad kondycją elearningu po Educampie, ale rzeczywiście symptomy są różne – i pozytywne i negatywne.
    Mam wrażenie, że wystąpienie Gromaru, które odbieram jako typowe wystąpienie sponsora, wszystkim utkwiło w pamięci jako wyrzut sumienia. W tym sensie trzeba tej firmie podziękować. Im więcej wyrzutów sumienia tym lepiej.
    Myślę też, że coraz częściej widać błąd skrzywienia perspektywy, który opisywałem na swoim blogu kilka postów temu. Polega on na tym, że osoby z mniejszym doświadczeniem w uczeniu nie zauważają różnicy pomiędzy tym co pokazują (i emocjami z tym związanymi) a tym co odbiera uczący się. Tak więc samozachwyt producenta nad wypieszczoną i wymyśloną małpką, która biega po ekranie i tak „fajnie” mruga może być utrapieniem uczących się, którzy chcą zrozumieć, nauczyć się, a tu jakaś małpa w czerwonym…
    Ale zgoda co do jednego – przypominajmy ile się da, że w określeniu e-learning występuje słowo learning.

  • 1 kwietnia, 2011 o 2:17 pm
    Permalink

    @Sławomir Łajs: zastanawiam się wobec tego, czy ktoś zrobił e-kurs „biznesowy”z solidną warstwą społecznościową i komunikacyjną a do tego atrakcyjny i nowoczesny graficznie. Taki, w którym „e-” jest wspomaganiem „learning”.

Dodaj komentarz