Co robimy

Do e-podręczników start

Do e-podręczników start

Kolega chwali się zdjęciem swojej córki pierwszoklasistki. Dziewczynka pozuje z plecakiem w pierwszym dniu szkoły. Plecak, daj Boże małej siłę i zdrowie, jest od niej niewiele mniejszy. Waży zapewne też tyle, że za 15 lat dziewczynka ma spore szansę albo na krzywy kręgosłup, albo na mistrzostwo olimpijskie w ciężarach.

Nie czepiam się książek, zeszytów i kredek, ale zawsze słabo mi szło zrozumienie, dlaczego, gdy jest się uczniem, koniecznie trzeba je mieć zawsze przy sobie. Nie da się zorganizować takiego systemu, w którym tylko niektóre z nich trzeba przenosić? Zdaje się, że się da, uznała minister Hall i promuje e-podręczniki. Nawet jeśli tylko do ograniczenia garbów u młodzieży miało by to doprowadzić to ja już jestem za. Ale co dalej?

Pierwszy problem: Kogo na to będzie stać? Ministerstwo zakłada, że to nie państwo będzie finansować tablety dla uczniów. Nawiasem mówiąc, wnioskuję z tego, że projekt „Laptop dla pierwszoklasisty” mutuje w tempie nadzwyczajnym. Teraz, kiedy akurat pojawia sie odpowiedź, po co dawać uczniom sprzęt, nikt o LdP nie wspomina. Wracając do głównego wątku, minister uważa, że to samych rodziców będzie stać na zakup odpowiednich urządzeń. Ma rację, że taki sprzęt tanieje; ma rację, że dla coraz szerszej grupy odbiorców jest on osiągalny i postrzegany jako niezbędny; czy ma rację sądząc, że dotyczy to całej Polski, nie tylko Warszawy i innych bogatszych okolic? Są w tym kraju miejsca, całkiem liczne, gdzie kupno trampek na WF jest poważnym wydatkiem.

Pytanie, czy wprowadzać e-podręczniki nawet jeśli nie dla wszystkich będą od razu dostępne? Przychylam się do tego, żeby robić i potem szlifować rozwiązania, a nie czekać na perfekcję. Może fundusze z LdP przeznaczyć w części na finansowanie szkół w najtuniejszej sytuacji?

Drugi problem: Co z wydawcami papierowych książek? Jak można się spodziewać, już zaprotestowali, ponieważ to rozwiązanie uderza w ich interesy. Pewnie tak, ale czasem trzeba ważyć interesy różnych grup. Ja mam więcej sympatii dla potrzeb dzieci i ich rodziców. Jeśli trzeba będzie wybierać, to niech się wydawcy dostosują. Jak im się nie uda… Cóż, nie będą ani pierwszymi ani ostatnimi, którzy sobie nie proadzili na zamieniającym sie rynku. Denerwuje mnie też ich argument, że zmniejszony popyt na papierowe podręczniki poskutkuje zwiększeniem ich ceny. Tak zapewne będzie, ale co to właściwie oznacza? Zdaje się, że wydawcy wybierają najprostsze rozwiązanie. W gruncie rzeczy mówią: „My swoje zyski zamierzamy utrzymać, więc to wy, drodzy rodzice, poniesiecie koszty.”

Trzeci problem: Czy nie będzie to sprzyjać piractwu? Pytam: bardziej niż punkty ksero obecne w większych miastach na każdym rogu?

Czwarty problem: Jak mają wyglądać e-podręczniki? Aktualna odpowiedź: Mają być „tożsame” z papierowymi. Innymi słowy, zapowiadają się pliki pdf. Fantastycznie. Po to właśnie wynaleźliśmy multimedia i Internet, żeby z nich nie korzystać. Przecież już teraz do wielu podręczników – głównie zachodnich, do nauki języków – dodawane są płyty CD z dodatkowymi, interaktywnymi zasobami. Rozumiem, że uczniowie tej samej klasy powinni się uczyć z tego samego podręcznika, ale czemu zamykać już na wstępie możliwość dodawania materiałów rozszerzających (choćby odnośników do treści internetowych) albo typów ćwiczeń, które na papierze sa niewykonalne?

Zobaczymy, jak będzie. Pomysł, podejrzewam, może przyjąć jeszcze z pięć wersji zanim zacznie się go wprowadzać w życie i kolejnych pięć, zanim się skończy. Dobrze jednak, żeby z nim ruszyli. To nie najgorsza myśl, żeby skorzystać z możliwości, które oferuje 21. wiek.

(nasz poprzedni wpis o e-podręcznikach tutaj).

Autor zdjęcia: misterbisson. http://www.flickr.com/photos/maisonbisson/378107723/sizes/m/in/photostream/

2 thoughts on “Do e-podręczników start

  • 10 października, 2011 o 9:51 pm
    Permalink

    Teraz martwimy się, że ciężki plecak krzywi kręgosłup dziecka, a czy przypadkiem e-podręczniki nie przyczyniają się do pogorszenia wzroku, a siedzenie przy komputerze do wad postawy? Może należałoby po prostu zmniejszyć ilość „obowiązkowych” podręczników, a już z pewnością zlikwidować zeszyty ćwiczeń, które ograniczają się do poleceń, które nauczyciel może po prostu podyktować. W ten rozsądny sposób zmniejszymy i ciężar tornistra i poniesione koszty. Ponadto, po co nosić podręczniki do szkoły? Czy nie powinny służyć nauce w domu, a na lekcji to właśnie nauczyciel powinien wykładać temat, a nie zlecać przeczytanie rozdziału i udzielenie odpowiedzi na pytania? A co do płyt CD dołączanych do podręczników – zwiększają tylko ich cenę, a i tak nikt z nich nie korzysta. Może po prostu zacznijmy uczyć dzieci jak należy się uczyć, jak korzystać z wiarygodnych źródeł, jakimi są drukowane książki, bo tego, co jest w internecie nikt nie kontroluje, więc znajdujemy tam stek bzdur zaszyfrowanych naukowo brzmiącymi terminami. Nauczmy się, że książki nie gryzą.

  • 11 października, 2011 o 10:21 am
    Permalink

    W mojej odpowiedzi muszę poruszyć kilka wątków.
    1. Przede wszystkim : nie jestem przeciwko książkom!
    2. Książki elektroniczne da się czytać w dowolnej wygodnej dla siebie pozycji, w końcu komputery stacjonarne odchodzą powoli do lamusa. Na wzrok, przy współczesnej technologii, nie wpływają gorzej niż słowa na papierze.
    3. Zgadzam się natomiast, że noszenie podręczników w te i we wte nie jest konieczne. Najważniejsze jest nie „mieć” informacje, tylko umieć z nich korzystać. Dlatego…
    4. …intryguje mnie pomysł, w którym to książka (w dowolnej postaci) i ćwiczenie, a nie wykład jest punktem wyjścia do zajęć. Wspominałem tu ostatnio (we wpisie o educampie) o koncepcji odwróconej klasy.
    5. To, że z CD się nie korzysta, to osobny długi wątek. Zacząłbym go od pytania: dlaczego? Jedna z możliwych odpowiedzi: Bo nauczyciele boją się nowych mediów, oswoili się z metodami, które „były dobre dla naszych dziadków, to po co je zmieniać”. Nie lubią płyt kompaktowych, a co dopiero…
    6. …Internetu. Tu największa różnica zdań między nami. Sugestii, żeby odrzucać źródła sieciowe, bo bywają tam bzdury, nijak zaakceptować nie mogę. Ma być wręcz przeciwnie: skoro są tam bzdury, a Internet to codzienność, to KONIECZNIE trzeba ich uczyć, jak się w nim poruszać. Poza tym, nie czarujmy się, w papierowych podręcznikach bzdur maskowanych uczona terminologią też co niemiara.

Dodaj komentarz